Jak spędzić wolną sobotę i bez żalu wrócić do domu

Powoli, powoli wiosnę widzę. Póki co oczyma mej wyobraźni, ale zawsze coś. Młodsze pokolenie wyłazi z grypy, starsze ze szpitala, idzie ku dobremu. I jeszcze zęby mleczne wyłażą. A ja mogę wreszcie się odrobić i wrócić do starych, dobrych nawyków startując od mojej ulubionej 4:30 rano (hmm… o tej porze roku to właściwie środek nocy).

Mój świat wraca do normy, a tymczasem miałam fajną przygodę. Trochę z rozpędu, trochę z przypadku a najbardziej ciekawości trafiłam na krótki warsztat organizowany przez Geek Girls Carrots,  prowadzony przez  Vladimira Alekseichenko pt. “Machine Learning od podstaw”.  Spodziewałam się trudnych chwil, z tematyką wyjątkowo ciężkiego kalibru. Ale co tam, myślałam sobie, nic nie jest w stanie zepsuć mi wolnej soboty:)

No i dałam się zaskoczyć. Nieno, łatwo nie było, moje możliwości percepcji zaczęły się zapychać gdzieś na początku trzeciej godziny (czyli w zasadzie w połowie, może nie jest ze mną aż tak źle:) Ale przede wszystkim w absolutne zdumienie wprawił mnie sposób prezentacji tematyki przez Vladimira i efekty, które dzięki temu osiąga. Dziedzina, cóż, szczególnie wdzięczna nie jest, algorytmy, mrówcza obróbka danych, numpy, statystyka, pandas, macierz, algebra, rety, myśli Magda sobie. To oczywiście prawda, ale warsztat Vladimira uświadamia, że to są tylko narzędzia (domyślnie – rzecz do ogarnięcia), ale najbardziej istotny jest sposób myślenia.

Vladimir przekazuje wiedzę o uczeniu maszynowym z perspektywy praktyka, co w magiczny sposób ułatwia zrozumienie skomplikowanych zawiłości. Zaczyna od przekazu nie tyle czym jest machine learning ale do czego służy i co dzięki niemu można osiągnąć. Pokazuje fajne, inspirujące przykłady, które można sobie przypominać ślęcząc jupyterem.

A propos case’ów – szczególnie w pamięć wbiły mi się dwa, pewnie ze względu na tkwiącą w nich ironię. Pierwszy dotyczy aplikacji testowanej przez Amazon, umożliwiającej robienie zakupów z pominięciem kolejki do kasy. Otóż mamy sklep, do którego wchodząc należy zbliżyć telefon do czytnika, po czym zrobić zakupy (co w tym przypadku oznacza wpakowanie sobie artykułów z półek bezpośrednio do plecaczka) i wyjść. W tym przypadku ironia polega na tym, że jest tyle chętnych by zaznać bezkolejkowych zakupów, że do owego sklepu ustawiają się kolejki.

Drugi przykład dotyczy stworzenia kobiecopodobnego robota humanoidalnego który rzecz jasna porusza się, wchodzi w interakcje, wykonuje podstawowe czynności, ale którego dodatkowo stać na autorefleksję w rodzaju postawienia pytania “kim jestem?”. I można by pomyśleć, że zupełnie zbędny był sequel “Łowcy androidów”, gdyby nie pewien gorzki, bardzo “z tego świata” smaczek. Ze względu na swoje wyjątkowe, humanoidalne cechy i umiejętności androidka otrzymała obywatelstwo Arabii Saudyjskiej zyskując tym samym większe prawa niż…. Saudyjki.

Po fazie inspiracji przychodzi czas na żmudne zadanka, cóż, życie:) Ale ok, przecież o to chodziło. Patrzę teraz na swoje notatniki i zadziwiam się, że tak dużo udało się przekazać w stosunkowo krótkim czasie. Pewnie, że wszystko to wymaga przetrawienia, na szkoleniu wszystko dzieje się szybko i naraz, ale zyskuje się to co najważniejsze – ogólne zrozumienie i praktyczną perspektywę.

Z warsztatu wyniosłam jeszcze jedną wartość. Z fazy inspiracji w głowie utkwił mi przykład japońskiej domowej asystentki, rodzaju wizualizacji IoT. Ów hologram zawiadujący mieszkaniem (a więc włączający światło przed powrotem domownika, buzik i ekspres do kawy przed obudzeniem etc.) zawiaduje dodatkowo emocjami swojego przyjaciela na przykład wysyłając mu esemesy z pytaniem kiedy wróci do domu, z informacją że wszystko już jest przygotowane, że czeka i… tęskni. Oj. No i jak na skrzydłach wróciłam do mojego ulubionego domu i moich ulubionych bliskich, choćby zaglutanych po sam pas.

Dla wszystkich jeszcze zdrowych w rodzince – nadchodzę!

Znowu zrobiło się gęsto, ale w nieszczególnie wymarzony sposób. Zechciała nas odwiedzić niejaka grypa, wredota okropna, oblazła wszystkich, na szczęście powoli żegnamy ją po w sumie trzech tygodniach pobytu. Wymęczyła nas strasznie, każdy, bez względu na wiek, płeć oraz stan cywilny w czwartej/piątej dobie zaliczył 40 stopni gorączki i w efekcie niezły odlocik.

Po programistycznemu jej uporczywość można przedstawić następująco:

dla każdego osobnika w rodzinie:

jeśli jeszcze nie chorował:

dopadnij i sponiewieraj!

Albo:

dopóki jest jeszcze jakiś zdrowy osobnik w rodzinie:

czym prędzej skorzystaj, zmaltretuj

i szukaj dalej!

Jeszcze jakaś rekurencja by się przydała, w końcu taki wirus to niezłe perpetum mobile.

I a propos – w przypływach świadomości i chwili wytchnienia w obsłudze wirusa udało mi się zacząć lekturę książki pt. “Algorytmy. Ilustrowany przewodnik” autorstwa Aditya Y. Bhargavy. Napiszę o tym więcej przy kolejnej okazji, bo póki co udało mi się dotrzeć dopiero do trzeciego rozdziału. Ale rzecz jest świetna, jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak jasnym i klarownym sposobem wyjaśnienia tak zawiłej i na ogół tak właśnie przedstawianej kwestii jaką jest rekurencja.

W trybie umęczenia udało mi się też ostatnio dostarczyć kolejny plik do Catapulta z nie-eberhardem mockiem zastępujacym przestarzałego stuba. Szło to jakoś po grudzie, wszystkie testy przeszedł dopiero szósty wariant. Chyba taki sezon.

Ale idzie lepsze. Z przyczyn obiektywnych, za sprawą zbliżającego się testu rekrutacyjnego, w trybie nałym ogarniam protokół TCP/IP i tym podobne. Niestety w tych warunkach szału nie będzie ale cóż, zrobię co się da…:)

Lepiej późno niż wcale. Nie, nie o Uniwersytecie Trzeciego Wieku.

Choć w zasadzie… jest to jakiś pomysł na ścieżkę edukacyjną. Co tam kursy, webinary, totoriale i inne vlogi, płatne czy bezpłatne, czas na edukację formalną. Co prawda nie wiem jakie są kryteria przy rekrutacji, w zasadzie podpadam raczej pod wiek Drugi, ale kto wie?:)

Ja jednak nie o tym. Ten wdzięczny temat zostawię sobie do zgłębienia na później. Może za jakieś 20 lat, kiedy znowu przyjdzie mi do głowy zmienić zawód. Zaraz, czy Trello ma opcję zapisywania zadań z terminem za 20 lat? Chyba muszę zainwestować w wersję premium.

Dzisiaj chciałam wrocić do tematu, który już kiedyś wspomniałam. Do książki Barbary Oakley “Głowa do liczb” i tym samym wykładów autorki i jej współpracownika umieszczonych na Coursera pod tytułem “Learning How to Learn”.   W przypadku kursu rzecz jest trudna, bo dodatkowo mocno opakowana wiedzą z zakresu neurofizjologii, ale po pierwsze bardzo warto, a po drugie dla ułatwienia można skorzystać z polskiej transkrypcji.

Książka generalnie dotyczy sposobu uczenia się matematyki i innych nauk ścisłych. Puktem wyjścia jest teza, że:

  • mamematyka i  inne przedmioty ścisłe wymagają zupełnie innych technik uczenia się niż te, które stosuje się w przypadku innych obszarów wiedzy. Metody te są nieintuicyjne, za to bardzo skuteczne.
  • każdy może opanować przedmioty ścisłe na potrzebnym mu w edukacji/życiu/pracy poziomie, rzecz nie jest zarezerwowana jedynie dla wąskiej grupy wyjątkowo uzdolnionych w tym właśnie kierunku ludzi.

Zrozumienie matematyki i umiejętność stosowania jej zasad jest oparta na myśleniu abstrakcyjnym. To powoduje, że narzędzia i techniki związane z procesem poznawczym i umiejętnością rozwiązywania konkretnych problemów są mocno specyficzne. Nie ma co zatem oczekiwać sukcesu jeśli, nie będąc naturalnie uzdolnionym, będziemy próbowali opanować przedmioty ścisłe podobnie jak historię czy geografię. I w tym miejscu ja, podobnie jak wszyscy polscy czytelnicy dzieła p. Oakley mają dłuższy moment na użalenie sie nad sobą za zmarnowane lata i przebyte frustracje: “osiem lat podstawówki, cztery lata liceum…”. Dlaczego nikt mi wcześniej tego nie powiedział?! No ale, jak mówią, lepiej późno niż wcale. Zwłaszcza, że ta wiedza przychodzi w nienajgorszym momencie (jeszcze mam szansę z niej skorzystać, ja oraz bliskie mi dzieci). Nie wszystko więc stracone!:)

Spokojnie, nie zamierzam streszczać całej książki. Z różnych względów, a najbardziej z tego, że ją po prostu warto przeczytać w całości. Napiszę tylko o kilku sprawach, które wydają się kompletnie nieintuicyjne, a jak dla mnie najbardziej przełomowe:

  1. najlepiej uczymy się kiedy się nie uczymy. Fajne, ale nie do końca:) Dotyczy to uświadomienia sobie wagi tak zwanego rozproszonego trybu uczenia się, czyli  tych momentów, w których nie skupiamy się na nauce, ale spędzamy czas w inny sposób, na przykład relaksując się, uprawiając sport, gotując, blogi pisząc. Okazuje się, że tylko nauka w takich interwałach: skupienie się – rozproszenie – ponowne skupienie może być efektywna. No więc jest spadź w tym miodzie – nieuchronnie oznacza to konieczność skupiania się i to na tyle wcześnie by mieć czas na rozproszenie. Gwałtu rety.
  2.  żeby być bardziej produktywnym trzeba działać procesowo a nie zadaniowo. Już tłumaczę. Jesli mamy coś zrobić nie powinniśmy skupiać się na zrobieniu, a raczej robieniu czegoś. Wielki cel przytłacza i paraliżuje. Na psychę lepiej działa powiedzenie sobie “poświęcę teraz godzinę na zadanka algebraiczne” niż “muszę zrobić te zadania”. Rzecz jest również skuteczna poza matematyką itd. “Pół godzinki na pisanie raportu” uwalnia od myślenia o tym okropieństwie en masse a często okazuje się, że w tę godzinkę czy jej pół zrobiliśmy to co było do zrobienia (i to bez psychicznego dołowania się nieulubionym zadaniem).
  3. zadanie domowe, a także egzamin należy zacząć od przeanalizowania najtrudniejszego zadania. 180 stopni od tego czego uczeni byliśmy w szkole. Okazuje się, że ma to związek z punktem nr 1 – w ten sposób dajemy naszemu mózgowi czas na mielenie głównego problemu w czasie gdy zajmujemy się łatwiejszymi zadaniami.
  4. zadania domowe to podsumowanie tego, czego się nauczyliśmy (bo oczywiście uczyliśmy się wcześniej dużo więcej:) Nie jest to więc cel sam w sobie, jak jesteśmy przyzwyczajani od porodówki, a raczej rodzaj testu badającego czy przyswoiliśmy wiedzę na oczekiwanym poziomie.  Że jak?!

Pozostałe informacje są niestety znacznie bardziej intuicyjne. Trzeba po prostu systematycznie zasuwać, do bólu się uczyć, powtarzać, uczyć, powtarzać. Nie dać się zwieść iluzji kompetencji a nade wszystko ponieść prokrastynacji.

Btw. podobno “procrastination” po angielsku brzmi neutralnie. Po polsku to słowo brzmi tak, jakby miało całym sobą ukazać swoją obrzydliwość i podstępność. Jak terminator z krokodylem i kastracją razem wzięty. Wykastrrowany terrminator.  Ok, już kończę:)

Jak w 20 minut poprawić sobie nastrój, czyli rzecz o Pykoniku (głównie)

Overflow pozostał, ale poza tym pozytywnie się dzieje. Tak więc, pierwszy plik z poprawionym kodem (zamiana przestarzałych stubów na funkiel nówki mocki, healing code, jak mawia mój mentor) przeszedł drobiazgowe testy i zasilił zasoby projektu Catapult. No i super.

Po drugie, fajną przygodę miałam. I do tego na własne życzenie:) Od jakiegoś czasu chodził za mną pomysł żeby zwołać lokalną grupę ludzi uczących się programowania w Pythonie, wymyślić sobie temat i wspólnie nad nim pracować. Oczywiście podzielić się zadaniami, ale oprócz tego regularnie się spotykać, rozmawiać i wzajemnie sobie pomagać w rozwiązaniu problemów. Fajnie byłoby gdyby skrzyknęli się ludzie na różnym poziomie wiedzy, ale i bez tego dalibyśmy radę. Jeśli standardowo każdy indywidualnie dzierga przy swoim laptopie, to możliwość pogadania o swojej pracy z pewnością stanowiłaby konkretną wartością dodaną. Czasem samo sformułowanie problemu “na głos” pomaga w jego rozwiązaniu. No i, jak twierdzą mądre źródła, najlepiej uczymy się przekazując wiedzę innym. Kluczem do powodzenia jest stworzenie grupy równie pozytywnie zmotywowanych ludzi.

Pomyślałam sobie, że dobrym miejscem na takie poszukiwania jest Pykonik, czyli spotkania krakowskiej społeczności Pythonistów. Wobec Pykonistów mam zresztą dług wdzięczności. Pierwszy raz trafiłam tam wiosną zeszłego roku zastanawiając się nad tym jak zabrać się do nauki programowania i, generalnie, przebranżowienia. Zanotowałam wówczas kilka informacji, z których dwie szczególnie sobie cenię, bo zaprowadziły mnie do mojego ulubionego kanału na youtubie i, pośrednio, do programu Tech Leaders. Od wiosny zeszłego roku dużo się dowiedziałam na temat procesu przepoczwarzania się, część oferty, którą oferuje ten rynek, również przetestowałam.

Skoro wszystko układało według wdzięcznego wzoru win-to-win, zgłosiłam chęć wygłoszenia prezentacji. No i poszło. Powiedziałam trochę o swojej “ścieżce” licząc na to, że ktoś z uczestników może skorzystać z zawartych na slajdach informacji, wygłosiłam manifest jw. oraz podzieliłam się kilkoma uwaga, przemyśleniami. Bałam się jak cholera czy trafię do/na właściwych ludzi, czy moje intencje będą czytelne (nic w stylu urzekła mnie twoja historia) i czy będzie jakiś feedback. Wyszło naprawdę fajnie, pogadałam z mnóstwem sympatycznych ludzi, zgłaszają się chętni do współpracy, pytają o szczegóły i konkrety. Ale i tak największe wrażenie zrobiła informacja o moim porannym trybie uczenia się (tak zwany early bird, wstaję po czwartej rano, mam spokojne dwie i pół godziny na naukę).

Dziecię obok mnie z wypiekami na twarzy ogląda kolejny odcinek Neli Małej Reporterki (druga fascynacja oprócz Krainy Lodu, uffff, miód na me rodzicielskie serce). I słyszę, że plemię Iban zamieszkujące Borneo raczy żywić się pytonami. Kobry nie tykają, bo podobno święta i ma waleczne serce, a pytonami zakąszają. Ejno….

Pacze i nic nie wim

SONY DSC

Ciężkiego czasu ciąg dalszy. Mam dużo pracy, sporo zupełnie nowych rzeczy do przyswojenia w szybkim tempie i w związku z tym nasilił się stres. Momentami muszę powalczyć o dobre samopoczucie, pozytywne nastawienie i motywację do dalszej nauki. Nie żeby zaraz kryzys, staram się tak wszystko układać żeby mieć poczucie że mimo wszystko idę do przodu i cieszyć się z postępów. Po prostu chwilowo (?) mam jeszcze więcej na głowie niż zazwyczaj.

Na takie zmęczenie materiału i zwątpienie w sens i możliwość osiągnięcia założonych celów mam wypracowany pewien patent. Pomysł jest taki, żeby mimo braku czasu nie rezygnować, lecz wręcz przeciwnie, mocniej angażować się  w zadania konstruktywne, ale znacznie bliższe strefie komfortu (czytaj: po prostu przyjemne:)). Tym razem udało mi się znaleźć wyjątkowo wdzięczne zajęcie. Wspominałam tu już o nowym miejscu dla dzieci, które powstało blisko miejsca gdzie mieszkamy.  Miejsce nazywa się Mini Świat i jest urocze pod każdym względem i z każdego punktu widzenia – dzieci, rodziców, no może mniej sąsiadów, bo tradycyjnie z parkingiem słabo:)

Dodatkowe punkty Mini Świat zbiera w takim burym sezonie, bo jest wymarzonym miejscem żeby wyjść z domu na krótki spacer z perspektywą, dla każdego coś miłego, zabawy albo pysznej kawuuuusi. Cudny konept na trudne rodzicielskie chwile gdy za oknem ciemno i ponuro a wokół wszystko wskazuje na to że po prostu trzeba wyjść z domu. Oj bywa. Wygon – marzenie. A zdjęcia jak lubię – mięciutkie, z małą głębią ostrości, niemal bez lampy, za to w doborowym towarzystwie:)

Koniec tego dobrego, teraz tematycznie. Z gruba, będzie o open source’ach. Kilka dni po wysłaniu pull requesta do mojego drugiego ćwiczebnego projektu “first-timers-only” przyszła informacja “merged”. Drobiazg, a cieszy. Czas byłby zabrać się za kolejny temat, no ale tu wskakuje problem za krótkiej doby. A ta jest ostatnio po brzegi wypełniona uporczywymi próbami zrozumienia o co chodzi w tym kodzie (a właściwie jego fragmentach), z tymi stubami, mockami, patchami itp. Pacze, pacze i nic nie widzę. Frustracja. Co prawda dziś, pod kierunkiem mojego mentora udało mi się wysłać do recenzji jeden poprawiony plik (git upload!), ale jakaś ta satysfakcja nienachalna. Szło to wszystko jak po grudzie, na niemal każdym etapie potrzebowałam pomocy, nie lubię. To znaczy wsparcie bardzo doceniam i jestem za nie niezwykle wdzięczna, ale przydałoby się jakieś poczucie sprawczości. A tu gęstwina prawie-całkiem-niezrozumiałego kodu, depot tools i vim (nie, nie wim). O, dowcip mi się wyostrza:) Niby powoli tu i ówdzie coś zaczyna mi świtać, ale nieśmiało. Bardziej by się chciało.

A propos dowcipów, mój mentor następująco mailowo podsumował moje dzisiejsze wyczyny: “Jak wygenerować losowy ciąg znaków? Posadzić nowicjusza przed vimem i kazać mu wyjść.”

Pięć sposobów na to jak wykorzystać czas, którego się nie ma

SONY DSC

Dobra wiadomość jest taka, że mimo problemów z czasem udało mi się na chwilę wrócić do EarlyBirda, czyli mojego małego programu dla birdwatcherów. Fajnie, bo po pierwsze dzięki niemu znowu nauczyłam się czegoś nowego, a po drugie cieszy mnie że działam zgodnie z planem (dotyczy założenia, że owszem, chcę ogarnąć projekty open source’owe, ale chciałabym też czasem, jak mawiał klasyk, być poetą i wiersz sobie napisać).

Pomyślałam sobie, że skoro standardowo birdwatching odbywa się w weekendy, warto zautomatyzować proces wysyłania e-maili (na przykład w każdy piątek). I znalazłam fajne i bardzo proste rozwiązanie, w zasadzie sprowadzające się do jednej liniki:

schedule.every().friday.at('12:00').do(main)

W wolnej chwili myślę co dalej.  Pewnie dobrze by było zróżnicować treść rozsyłanych komunikatów w zależności od pogody (np. panie, panowie, temperatura jutro spadnie poniżej minus 15 stopni, śpimy dłużej) albo zarejestrowanych wcześniej obserwacji (nieciekaaaawe) albo listy “must have” (nie pojawiło się ostatnio nic co nas szczególnie interesuje, odpuszczamy) itp. A może dodać jakąś zupełnie inną funkcjonalność, może sklep?:) Koleżanki i koledzy, jutro wielka mgła, a tu właśnie jest taka fajna lornetka…. Czego by tu się jeszcze nauczyć?:)

A czasu jest niewiele ponieważ:

  1. próbuję ogarnąć cokolwiek w temacie usuwania stubów w tym projekcie. Gąszcz, pajęczyna, czarna magia. Ale walczę. Gdyby miało się to mnie lub komuś innemu na coś kiedyś przydać, to na stopniowe rozjaśnianie tematu, poza oczywiście wgryzaniem się w sam kod, pomaga mi tentententen pan.  Oraz ta dokumentacja.
  2. rozpędzam się z “projektem junior”. O tym jeszcze pewnie niedułgo napiszę.
  3. w swojej aktualnej pracy zawodowej przeżywam sezon raportowy oraz przełom “roków” == overflow.
  4. dzieci wróciły do placówek po świątecznej przerwie i adaptacja przebiega odlegle od marzeń. Mamoza absolutna. Ale i na to jest sposób. Wczoraj udało mi się uzyskać spokojne pół godzinki kosztem (z braku drukarki) popełnienia uprzednio kolorowanki z jedynie słuszną Krainą Lodu. Tzn. ja rysuję kształty, córka koloruje. Podobny do siebie jest tylko bałwanek, pińdzioszki niechcący odzieram z powabów, ale co tam. Mam tę moc i lecę. Nie, nie pokażę.:)
  5. naprawiam swój zepsuty kręgosłup. Rehabilitacja to rzecz żmudna i na ogół nudna, ale mi przydarzają się epizody żywcem wzięte z innej specjalizacji. Ostatnio na przykład obok mnie kobieta ze wzrokiem mętnym i nieobecnym, ruchem monotonnym  wyciera ścierką ścianę. Z mojej drugiej strony mocno skoncentrowany facet z całej siły napiera na ścianę nośną wyraźnie starając się ją przesunąć. Żeby nie było – ja przed lustrem wykonuję ćwiczenie o wymownej nazwie “cumel”, czyli jednocześnie zasysam swój kciuk i próbuję go sobie z wyrwać z ust. A przez całą długość sali spaceruje ruchem zombi starszy facet w spranej koszulce Metalliki o wyglądzie, gdybyż to tylko było możliwe, KurtCobain.datetime.now(). Ręce ma związane niebieską taśmą do ćwiczeń, która przeciągnięta nad jego głową nadaje mu zaskakujący nieco wygląd Matki Boskiej Seattle’owskiej. Wesoło mamy.

A w Nowym Roku jest sukces, testy i przyjemności

SONY DSC

Tak więc udało się! Mały kroczek dla ludzkości, ogromny dla mnie:)

Zgodnie z planem znalazłam na GitHubie kilka pythonowych open issues otagowanych “first-timers-only”, łatwych, a jednak o zróżnicowanym poziomie trudności. Napisałam do maintainerów pytając czy pomoc wciąż jest im potrzebna (z komentarzy i komunikatów “merged” wynikało, że kilka osób zaangażowało się  wcześniej w rozwiązanie poszczególnych problemów). Zaskoczyło mnie jak szybko dostałam potwierdzenie i równocześnie zachętę do działania. Na pięć moich zapytań cztery odpowiedzi otrzymałam dosłownie w ciągu kilku godzin.

Wybrałam najłatwiejszy temat (zgodnie z ideą literówek – chodzi o to by najpierw przejść proces pull request (PR) i oswoić się z nim, a dopiero później blokować się rzeczywistymi problemami z kodem).

I jak to zwykle bywa – problemy które wydawają się głęboko czarnomagiczne po krótkiej analizie zaczynają powoli nabierać wyrazu. Mój issue był naprawdę prościutki (chodziło o mechaniczne dopisanie zmiennych do komunikatu, który ma być wyświetlany użtkownikowi). Ale zrozumienie intencji zarządzającego projektem chwilę mi zajęło.  Postępowałam zgodnie z informacjami zawartymi w README.md, CONTRIBUTING.md i INSTALLATION.md, zainstalowałam wszystkie potrzebne pakiety, uruchomiłam program na roboczym serwerze i przygladnęłam się jak działa. Jak dla mnie fajnie, że program jest zwięzły i nieskomplikowany (choć tematyka blochchain jest dość gęsta:). Dzięki temu nie utknęłam w gąszczu kodu i nawet zyskałam poczucie że cokolwiek z tego rozumiem. A, i zarządzający projektem to niesamowicie pomocny i otwarty gość. To naprawdę czysta przyjemność zetknąć się z takim podejściem podczas pracy.

Idą za ciosem, wprowadziłam również zmiany do kolejnego projektu. Czy te zmiany == ulepszenia, to się dopiero okaże, bo jeszcze czekam na reakcję maitainera. Póki co zabrałam się za czytanie kolejnego kodu. Tym razem sprawa jest ciekawsza, bo dotyczy uzupełnienia dokumentacji projektu tak, by stała się bardziej zrozumiała dla początkujących użytkowników. A junior to, jak wiadomo, moja specjalność:) Przy czym spowodowanie by kod stał się bardziej czytelny obejmuje również/głównie opracowanie przykładów. A więc, wyzwanie!

I już myślałam, że na tym poziomie trudności pozostanę, gdy swój pomysł zgłosił mój Mentor. Tym samym stężenie czarnej magii osiągnęło poziom krakowskiego smogu. Otóż zajmiemy się usuwaniem stubów i nadpisywaniem ich przez mock i fake w tym programie. Testy, wiedziałam że mnie to kiedyś dopadnie. Niewiele póki co rozumiem, choć bardzo się staram:) Ale o tym już następnym razem….

Dla poprawy nastroju znalazłam zajęcie znacznie bliższe mojej strefy komfortu. Niedaleko mnie powstało miejsce dla dzieci. Magiczne, przecudne, pomysłowe, pastelowe i drewniane. I z pyszną kawką dla rodziców. I temu cudnemu miejscu robię zdjęcia do wykorzystania na stronę www, facebooka, do identyfikacji wizualnej itp. Mam wielką radość i satysfakcję że w jakiś sposób mogę włączyć się i pomóc rozwinąć się naprawdę świetnej inicjatywie. Niechaj się dzieje!