Lepiej późno niż wcale. Nie, nie o Uniwersytecie Trzeciego Wieku.

Choć w zasadzie… jest to jakiś pomysł na ścieżkę edukacyjną. Co tam kursy, webinary, totoriale i inne vlogi, płatne czy bezpłatne, czas na edukację formalną. Co prawda nie wiem jakie są kryteria przy rekrutacji, w zasadzie podpadam raczej pod wiek Drugi, ale kto wie?:)

Ja jednak nie o tym. Ten wdzięczny temat zostawię sobie do zgłębienia na później. Może za jakieś 20 lat, kiedy znowu przyjdzie mi do głowy zmienić zawód. Zaraz, czy Trello ma opcję zapisywania zadań z terminem za 20 lat? Chyba muszę zainwestować w wersję premium.

Dzisiaj chciałam wrocić do tematu, który już kiedyś wspomniałam. Do książki Barbary Oakley “Głowa do liczb” i tym samym wykładów autorki i jej współpracownika umieszczonych na Coursera pod tytułem “Learning How to Learn”.   W przypadku kursu rzecz jest trudna, bo dodatkowo mocno opakowana wiedzą z zakresu neurofizjologii, ale po pierwsze bardzo warto, a po drugie dla ułatwienia można skorzystać z polskiej transkrypcji.

Książka generalnie dotyczy sposobu uczenia się matematyki i innych nauk ścisłych. Puktem wyjścia jest teza, że:

  • mamematyka i  inne przedmioty ścisłe wymagają zupełnie innych technik uczenia się niż te, które stosuje się w przypadku innych obszarów wiedzy. Metody te są nieintuicyjne, za to bardzo skuteczne.
  • każdy może opanować przedmioty ścisłe na potrzebnym mu w edukacji/życiu/pracy poziomie, rzecz nie jest zarezerwowana jedynie dla wąskiej grupy wyjątkowo uzdolnionych w tym właśnie kierunku ludzi.

Zrozumienie matematyki i umiejętność stosowania jej zasad jest oparta na myśleniu abstrakcyjnym. To powoduje, że narzędzia i techniki związane z procesem poznawczym i umiejętnością rozwiązywania konkretnych problemów są mocno specyficzne. Nie ma co zatem oczekiwać sukcesu jeśli, nie będąc naturalnie uzdolnionym, będziemy próbowali opanować przedmioty ścisłe podobnie jak historię czy geografię. I w tym miejscu ja, podobnie jak wszyscy polscy czytelnicy dzieła p. Oakley mają dłuższy moment na użalenie sie nad sobą za zmarnowane lata i przebyte frustracje: “osiem lat podstawówki, cztery lata liceum…”. Dlaczego nikt mi wcześniej tego nie powiedział?! No ale, jak mówią, lepiej późno niż wcale. Zwłaszcza, że ta wiedza przychodzi w nienajgorszym momencie (jeszcze mam szansę z niej skorzystać, ja oraz bliskie mi dzieci). Nie wszystko więc stracone!:)

Spokojnie, nie zamierzam streszczać całej książki. Z różnych względów, a najbardziej z tego, że ją po prostu warto przeczytać w całości. Napiszę tylko o kilku sprawach, które wydają się kompletnie nieintuicyjne, a jak dla mnie najbardziej przełomowe:

  1. najlepiej uczymy się kiedy się nie uczymy. Fajne, ale nie do końca:) Dotyczy to uświadomienia sobie wagi tak zwanego rozproszonego trybu uczenia się, czyli  tych momentów, w których nie skupiamy się na nauce, ale spędzamy czas w inny sposób, na przykład relaksując się, uprawiając sport, gotując, blogi pisząc. Okazuje się, że tylko nauka w takich interwałach: skupienie się – rozproszenie – ponowne skupienie może być efektywna. No więc jest spadź w tym miodzie – nieuchronnie oznacza to konieczność skupiania się i to na tyle wcześnie by mieć czas na rozproszenie. Gwałtu rety.
  2.  żeby być bardziej produktywnym trzeba działać procesowo a nie zadaniowo. Już tłumaczę. Jesli mamy coś zrobić nie powinniśmy skupiać się na zrobieniu, a raczej robieniu czegoś. Wielki cel przytłacza i paraliżuje. Na psychę lepiej działa powiedzenie sobie “poświęcę teraz godzinę na zadanka algebraiczne” niż “muszę zrobić te zadania”. Rzecz jest również skuteczna poza matematyką itd. “Pół godzinki na pisanie raportu” uwalnia od myślenia o tym okropieństwie en masse a często okazuje się, że w tę godzinkę czy jej pół zrobiliśmy to co było do zrobienia (i to bez psychicznego dołowania się nieulubionym zadaniem).
  3. zadanie domowe, a także egzamin należy zacząć od przeanalizowania najtrudniejszego zadania. 180 stopni od tego czego uczeni byliśmy w szkole. Okazuje się, że ma to związek z punktem nr 1 – w ten sposób dajemy naszemu mózgowi czas na mielenie głównego problemu w czasie gdy zajmujemy się łatwiejszymi zadaniami.
  4. zadania domowe to podsumowanie tego, czego się nauczyliśmy (bo oczywiście uczyliśmy się wcześniej dużo więcej:) Nie jest to więc cel sam w sobie, jak jesteśmy przyzwyczajani od porodówki, a raczej rodzaj testu badającego czy przyswoiliśmy wiedzę na oczekiwanym poziomie.  Że jak?!

Pozostałe informacje są niestety znacznie bardziej intuicyjne. Trzeba po prostu systematycznie zasuwać, do bólu się uczyć, powtarzać, uczyć, powtarzać. Nie dać się zwieść iluzji kompetencji a nade wszystko ponieść prokrastynacji.

Btw. podobno “procrastination” po angielsku brzmi neutralnie. Po polsku to słowo brzmi tak, jakby miało całym sobą ukazać swoją obrzydliwość i podstępność. Jak terminator z krokodylem i kastracją razem wzięty. Wykastrrowany terrminator.  Ok, już kończę:)

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s